Mick & Bike

THE BIG BIKE THEORY

Wielka Małopolska

Trudno jest mi dobrać słowa, żeby dobrze rozpocząć ten wpis. W związku z Małopolską rozpoczął się dla mnie ważny okres w życiu – zacząłem zabierać rower wszędzie gdzie tylko można ze sobą. W Krakowie poznałem Przyjaciela z którym dzielę tę samą pasję – i skoro Ty czytasz ten wpis to zapewne tę samą pasję dzielisz z nami i TY.

Do czasu mojej pierwszej wycieczki z rowerem do Krakowa byłem przekonany, że jak każdy prawdziwy kolarz i ja bardzo lubię góry. Tu jednak okazało się szybko, że ja może je lubię, ale One mnie już mniej – w ciągu roku i ja je przekonałem do Siebie.

Ich niechęć w stosunku, co do mnie przejawiała się bardzo różnie, od pękniętej dętki przed wyjazdem po urwaną korbę podczas trasy. Może i to był zwykły pech, ale takie sytuacje zdarzały mi się wyłącznie pod Krakowem.

I. Kraków – pierwsze starcie (październik 2012 roku).

Pierwsza trasa w Małopolsce zaplanowana przez Marcina zaczęła się w Krakowie, właściwie na samym rynku i miała zaledwie 83 km i zajęła nam 3,5 h.

Głównymi punktami były

Kraków – Aleksandrowice – Morawica – Krzeszowice – Zamek Tenczyn – Piekary – Kraków

Z Krakowa wyjechaliśmy z samego rana około 700 przez Błonia i wskoczyliśmy w uliczkę za Błoniami (ul. Mydelnicka), w którą wjeżdża się bardzo naturalnie – jadąc cały czas właściwie prawie prosto. Było jeszcze troszkę zimno, ale po chwili kręcenia zdjęliśmy z siebie bluzy i pojechaliśmy dalej.

Kierując się dalej cały czas na Balice nie udało nam się ominąć bardziej ruchliwych odcinków drogi, ale kierowcy w Małopolsce są bardzo życzliwi i uważają na bezpieczeństwo rowerzystów, toteż mieliśmy okazje podziwiać piękne widoki, jakie rozciągały się tuż przed nami.

W samych Balicach zaczął się problem – poluzowała mi się korba i musieliśmy znaleźć kogoś, kto pomoże nam ją dokręcić – na pomoc przyszedł mechanik w Aleksandrowicach, który dokręcił korbę, popodziwiał nasze rowery i życzył miłego dnia.

Po wizycie u mechanika przypomniało nam się, że zapomnieliśmy rano zrobić czegoś bardzo ważnego – ZJEŚĆ ŚNIADANIE. Więc tu wkradła się kolejna modyfikacja trasy i w ten sposób trafiliśmy do Morawicy, gdzie zjadłem najlepszą jajecznicę na boczku w życiu – w tym przypadku szefem kuchni okazała się bardzo utalentowana kulinarnie mama Marcina.

Będąc w Morawicy koniecznie trzeba zobaczyć Kościół i wzgórze przy kościele (po prawej stronie obok cmentarza), z którego rozciąga się przepiękny widok na okolicę.

Po wszystkich przygodach – nazwijmy je formalnymi – ruszyliśmy dalej, z Morawicy pod górę. Tym razem naprawdę pod górę, ja jeszcze na moim starym rowerze – z ukręcona już korbą – ledwo płuc nie wyplułem szczególnie, że był to mój pierwszy prawdziwy wyjazd w góry.

Kolejną przygoda tego wyjazdu był pierwszy szlif Marcina – gdzieś między Krzemionką, a Brzoskwinią. Marcin pięknie wziął zakręt, niestety na zakręcie było trochę piasku, który znalazło Jego tylne koło, a sam Marcin znalazł drugą stronę ulicy, krawężnik i asfalt. Twardy chłop dopiero 20 km dalej poczuł, że go cos może boleć.

Kolejny większy podjazd to atak na zamek Tenczyn. Tam właśnie okazało się, że szlif Marcina jest troszkę poważniejszy, ale parę chusteczek pod spodnie i było ok.

Sam zamek Tenczyn, a właściwie jego ruiny to wspaniała budowla zasługująca na chwilę zadumy nad pięknem Małopolski. Zamek powstał około XIV w. Legenda związana z zamkiem mówi, iż podobno małżonka jednego z Tęczyńskich nie szczędziła swoich wdzięków innym, a jej mąż dowiedziawszy się o tym zamurował imprezową żonę żywcem w baszcie. Jęki i krzyki grzesznicy długo jeszcze było słychać w zamku, a i jakoby dzisiaj tajemnicze odgłosy dobywają się niekiedy z głębi ruin (źródło: Wikipedia).

Z tego punktu zaczęliśmy już powoli wracać do Krakowa. Po drodze małopolskie ukształtowanie terenu zafundowało nam mistrzowski zjazd w okolicach Czułowa.

Po drodze zahaczyliśmy o urokliwy punkt widokowy w Piekarach, skąd rozciąga się cudowna panorama na Wisłę i opactwo ojców Benedyktynów.

Dwa kilometry dalej na torze kajakowym akurat odbywał się jakiś trening, więc chwilkę pooglądaliśmy młodych adeptów sztuki wiosłowania i dalej rasowąa drogą rowerową wróciliśmy do Krakowa.

II – Kraków – rewanż na nowym rumaku (maj 2013 roku)

Na rewanż na Małopolsce w związku z moimi przygodami z korbą podczas pierwszej wyprawy zaopatrzyłem się w nowy sprzęt.

Na tę trasę (skomponowaną jak najlepszy utwór Queenów) Marcin zaprosił mnie i swojego szefa Roba. Ja na te okazję zaopatrzyłem nas w stylowe czapeczki zakupione w Cechu

Trasa około 120 km zajęła nam 5 godzin – strasznie długo, ale też długo nam się zbierało cały skład. Tym razem zjedliśmy śniadanie i noc wcześniej nie ruszyliśmy nawet piwa. Pełni optymizmu wyjechaliśmy na trasę:

Kraków – Krzeszowice – Paczółtowice 

 

Naszą trasę rozpoczęliśmy od ucieczki z Krakowa przez most Zwierzyniecki. Ruszyliśmy od Stadionu Crakovii ul. Józefa Kałuży, skręciliśmy w prawo w Senatorską, następnie ul. Tadeusza Kościuszki, która przechodzi w ul. Księcia Józefa i stamtąd na most i w ul. Tniecką.

Tym razem ubrani poprawnie (było bardzo ciepło, więc dobór „stylówy” nie był trudny) jechaliśmy do naszego pierwszego przystanku – Piekary, wspomniane już wcześniej kojarzące mi się ze wspaniałą panorama na okolicę. Od tego momentu zaczynamy się powoli wspinać.

Pierwszą walkę stoczyliśmy z podjazdem do Alwerni. Tam zwiedziliśmy kościół pod wezwaniem stygmatów św. Franciszka z Asyżu i gdzie zrobiliśmy pierwszy bufet.

Stamtąd ruszyliśmy na Tenczynek i odbijając w prawo w Krzeszowicach zmierzyliśmy się z największym jak do tej pory podjazdem w kierunku Paczułtowic. Dużym wysiłkiem był również podjazd już pod sam Valley Golf Club, ale na miejscu czekała na nas kawa w pięknych okolicznościach przyrody.

W ten sposób objechaliśmy na około Kopalnie Wapienia Czatkowice i znaleźliśmy się na drodze powrotnej do Krakowa. Z powrotem było już z górkiJ

Na tej trasie koszulkę najlepszego górala wyhaczył ROB i to jemu należą się w tym zakresie słowa uznania i podziwu.

III. Morawica – nie ma, że boli.

Trzeci weekend rowerowy w Krakowie odbył się pod błyskotliwym hasłem „jedziemy na kremówkę” – właśnie je wymyśliłem.

Weekend zaczął się dla nas o 1100 w sobotę bardzo krotką trasą w kiepską pogodę.

Trasa miała ok. 44 km i zajęła nam 1h30min.

Morawica – Cholerzyn – Krzeszowice – Balice – Morawica

 

Trasa ta tylko zapowiadała wydarzenia następnego dnia, dlatego w sobotę jechaliśmy spokojnie, pięknym asfaltem, w małym deszczyku, ale takim miłym deszczyku. Jedyny podjazd wypadł nam w Czułowie i pokonaliśmy go dość sprawnie, robiąc sobie przerwę na szczycie na parę zdjęć.

W Krzeszowicach kupiliśmy sobie coś do picia i jedzenia na powrót i potoczyliśmy się spokojnie z górki w kierunku domu.

Prawdziwa wyprawa rozpoczęła się w niedzielę. Wstaliśmy o 600, żeby już o 700 być w trasie:

Morawica – Andrychów – Oświęcim – Morawica

Trasa ok. 155 km którą my pokonaliśmy w 5h26min – jak zawsze w Małopolsce trasę komponował Marcin

Początek trasy zaskoczył nas dość sporą mgłą – okazało się w końcu, że mgła nie była taka wielka, tylko osadziła mi się na okularach, co spowodowało, że dla mnie była dwa razy gęstsza.

Na tę trasę ubraliśmy się dość lekko jak na 12 Co które nas z rana przywitały, ale miało to swoje pozytywne skutki w dalszej części trasy, gdy już zrobiło się ciepło i temperatura podskoczyła do dwudziestu paru stopni.

Pierwszym (i zarazem głównym celem) naszej trasy były Wadowice, do których z Morawicy dotarliśmy jadąc przez Cholerzyn i Liszki, gdzie po pierwszym podjeździe wyłoniły się Zagacie. W Brzeźnicy przeprawiliśmy się promem na drugą stronę Wisły (opłata za przeprawę z rowerem to symboliczna złotówka, a „kapitan” tego statku jest na tyle miły, że zrobi zdjęcie, pogada i życzy miłej drogi).

Po drugiej stronie Wisły zaczyna się wspinaczka, na początku spokojna, później coraz bardziej wymagająca, ale cały czas bardzo miła. Wspinaczka kończy się za miejscowością Wyźrał. Później czekał na nas piękny zjazd, aż do Wadowic.

Punktem obowiązkowym w Wadowicach jest CoffeBreak. My zatrzymaliśmy się w kawiarni za kościołem. Wchodząc w bramę idzie się parę metrów po bruku stromo w dół – co jest dość niewygodne w naszych butach, ale dla tej kawy i kremówy naprawdę warto.

Kremówka rozpływająca się w ustach, delikatna i bardzo duża. Espresso takie, jakie powinno być tj. małe i wyraziste, ale największym atutem tej kawiarni jest jednak obsługa, miła i bardzo pomocna, a ponadto posiada tę bardzo cenną cechę – otóż jest zainteresowana klientem i jego komfortem.

Zaraz po uzupełnieniu niedoborów energii ruszyliśmy dalej – do Andrychowa. W Andrychowie akurat w toku był remont mostu, więc żeby przejechać na drugą stronę musieliśmy sporo nadrobić. Nie dość, że dużo nadrobiliśmy, to jeszcze akurat tam trafił się jeden z mocniejszych podjazdów. Jednym słowem Andrychów zaskoczył nas pozytywnie (szczególnie jak okazało się, że tuż obok remontowanego mostu można było przejść przez jakąś szczelinę i pognać dalej).

Z Andrychowa pojechaliśmy już dalej bez zbędnej przerwy do Zatoru, gdzie trzymając się znaków i dobrej prostej drogi zaczęliśmy kierować się na Oświęcim.

W Oświęcimiu zatrzymaliśmy się na chwilę przed bramą obozu i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Sam obóz koncentracyjny  teraz jak patrzę na niego z perspektywy biurka i mapy robi ogromne wrażenie, a stojąc, czy przejeżdżając obok to wrażenie jest spotęgowane jego bliskością.

Zdjęcia Oświęcim

Wracając zjedliśmy jeszcze mały obiad – w restauracji u ARTURA. Bardzo miła obsługa poleciła nam, co mamy zjeść, co jest najświeższe i wynieśli specjalnie nam jedzenie na dwór (a raczej na „pole”).

Nie wspominając ziemniaków mozna powiedzieć, że wszystko było wspaniałe (choć może to też kwestia tego jak to mówią niemcy „Hunger ist der beste koche”)

Po drodze do Morawicy spotkaliśmy naszą najlepszą koleżankę „ściankę wspinaczkową do Alwerni”, która jak zawsze dała nam masę frajdy i tym pozytywnym akcentem zakończyliśmy bardzo udany weekend z kolarką.

III – Kraków „kontratak”

Niestety coraz bliżej zimy, więc umówiłem się na zamknięcie sezony w mieście do którego najczęściej w tym roku podróżowałem i z którym miałem jeszcze nie wyrównane rachunki.

Tym razem obiecałem sobie, że pojadę super przygotowany i nic mnie nie zaskoczy. Dętki zmieniłem, łańcuch przesmarowałem, rower wypucowałem.

Trasę (najlepszą, najbardziej malowniczą i niestety ostatnią w tym roku zaprojektował Mozart planowania tras rowerowych wesolowski.co) pokonaliśmy w 531 godziny a miała ok. 120 km. Nie był to sprint, a raczej spokojna przejażdżka, ale za to w doborowym towarzystwie. Po raz kolejny spotkaliśmy się na trasie Ja, Marcin i Rob.

Kraków – Czernichów – Zator – Bolęcin – Alwernia – Tenczynek – Bronowice – Kraków

Początek jak zawsze spokojny wzdłuż Wisły, ale tym razem inną stroną Wisły niż zawsze. Zdecydowanie spokojniejsza strona, mniej spacerowiczów, biegaczy i mniej rolkarzy – droga właściwie pusta.

Pierwszą kawę (i w sumie jedyną) wypiliśmy w Zatorze na rynku. Kupiliśmy kawę na wynos w małych czarnych kubeczkach w kawiarni przy samym sklepie

  1. Pierwszy podjazd to Jankowice – Babice dystans to zaledwie 4 km, a średnie nachylenie około 1%.
  2. Następny podjazd już bardziej wymagający – zaczyna się w Wygziałowie i kończy w Płazie. Jest to dystans około 4 km, a jego średnie nachylenie to 3%
  3. Kolejny podjazd to moja ulubiona górka do Alwerni która ma niecały kilometr długości ale za to prawie 9% średniego nachylenia.
  4. Jeszcze jedna miła górka jest niedaleko to serpentyna do Grojca która ma również około jednego kilometra długości i ponad 5% średniego nachylenia – piękna i malownicza jak wcześniejsza, gdyż wiedzie lasem.
  5. Niedaleko Sanki możemy zmierzyć się z kolejnym podjazdem tym razem jest to delikatna górka o ponad 1% średnim nachyleniu i 1 km długości.
  6. Po pięknym zjeździe w Baczynie czeka nas kolejna świetna górka, w szczerym lesie przecinająca pod spodem jakąś autostradę, czy drogę szybkiego ruchu (droga ta biegnie nad naszą górką, a cała trasa jest spokojna i mało uczęszczana), ma ona 2 km długości i prawie 5% średniego nachylenia.

I w ten oto sposób zakończyłem zmagania z Krakowem w tym sezonie. Był to najpiękniejszy koniec sezonu jaki mogłem sobie wymarzyć, zamieniłem się z Robem koszulką górala i pokazałem samemu sobie, że warto trenować żeby oglądać takie widoki jakie zaplanował do obejrzenia Marcin.

Do Krakowa będę wracał na pewno nie raz, jest tu tak pięknie, że nie trzeba szczególnie zmieniać tras, bo wracając do tych samych miejsc zawsze odkrywać w nich coś nowego. Po za tym do Krakowa jeżdżę z ważniejszego powodu niż trasy – to ludzie (przede wszystkim Marcin oraz Rob) tworzą atmosferę prawdziwego kolarstwa jakie znam.

Reklamy

7 comments on “Wielka Małopolska

  1. Marcin Wesolowski
    17 lutego 2014

    Michał, to dla mnie zawsze zaszczyt i przyjemność pedałować razem po szosach małopolski i zawsze mega się cieszę, gdy mogę stworzyć jakąś trasę, którą zapamiętasz na długo! Mam nadzieję, że jeszcze wiele takich przed nami, bo pamiętaj, że kilka bardziej wymagających wspinaczek Ci już obiecałem! Nie mogę się doczekać nowego sezonu 2014, choć wiesz… można by w zasadzie już zaczynać 😉

    • Mick&Bike
      19 lutego 2014

      Ja też już się doczekać nie mogę tej obiecanej trasy 🙂

  2. Pingback: Baton energetyczny – bomba smaków | Mick & Bike

  3. Pingback: Łyse Giro – historia jednego bagażnika. Góry Świętokrzyskie. | Mick & Bike

  4. Agatad
    14 sierpnia 2014

    🙂 fajny artykuł, fajne wyprawy i fajnie się jeździ na rowerze wszędzie, a tam gdzie są malownicze pagórki i górki – szczególnie 🙂

    • Mick&Bike
      14 sierpnia 2014

      Święte słowa, tam gdzie jest pięknie samo się kręci 😀

  5. Pingback: Kocierz kolarska | Mick & Bike

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 2 grudnia 2013 by in RoadTripping and tagged , , , , , , , .
Ius et Sport

Koło Naukowe Prawa Sportowego ,,Ius et Sport"

GONKA

Way of cycling

Tour de Warsaw

300 kilometrów na rowerze dookoła Warszawy

Co w prawie piszczy

THE BIG BIKE THEORY