Mick & Bike

THE BIG BIKE THEORY

Tour de Varsovie – czyli moje pierwsze 200+ km.

Mazowieckie 250 kilometrów.

Raszyn – Łomianki – Zegrze – Modlin – Leszno – Żelazowa Wola – Sochaczew – Żyrardów – Żelechów – Tarczyn – Raszyn

Czas jazdy ok. 9.30 h.

Od bardzo dawna chciałem zrobić coś ambitniejszego niż trasę do Tarczyna i z powrotem po ruchliwej Katowickiej i Krakowskiej. Na pomysł żeby zrobić 200 km wpadłem w pracy jak ktoś ze znajomych wspomniał o Zegrzu.

Do trasy nie przygotowywałem się jakoś specjalnie mocno, byłem po prostu podekscytowany, że już niedługo weekend. Plan trasy zrobiłem, zapamiętałem go (wtedy myślałem, że szczegółowo), kupiłem coś do jedzenia na trasę, sprawdziłem pogodę i byłem już pewny, że to będzie piękny dzień.

Z samego rana około siódmej wstałem i wskoczyłem na rower – tak zwyczajnie zaczęło się sobotnie kręcenie kilometrów.

Pierwszym punktem mojej podróży były Łomianki, gdzie myślałem, że wskoczę na prom (tak jak w Krakowie) i przeprawię się za free na drugą stronę.

Do Łomianek z Raszyna przedostałem się przez Bemowo – bardzo chciałem pojechać nową drogą rowerową pod mostami Dźwigowej.

Na Bemowie pojechałem ul. Radiową i Estrady, które zapowiadają już, że Warszawa jest godnym uwagi miejscem do pedałowania i skręcając w ul. Trenów, która przechodzi w ul. Wiślaną dojechałem do Łomianek.

Droga jak na warszawskie warunki nie jest zawalona samochodami (przynajmniej w sobotni ranek), znośny też jest asfalt więc można pomykać zdecydowanie wygodniej.

W samych Łomiankach troszkę pobłądziłem, ale przynajmniej trafiłem na stadion na którym tydzień przed tą trasą chuligani, którzy nazywają się „kibicami” Legii zrobili zadymę, która stała się ogólnopolskim wydarzeniem komentowanym we wszystkich mediach.

W każdym razie 😛 Aby dostać się na PROM należy jechać ul. Warszawską  w kierunku Warszawy (ja oczywiście błądziłem, bo nie ma żadnego oznaczenia jak dotrzeć na prom)  skręcić za LuxBudem w prawo (ale nie w ślepą uliczkę tylko w ul. 11 Listopada a z niej wjechać w ul. Pastewną. Ul. Pastewna nie jest przeznaczona do jazdy kolarzówkami, próżno tam szukać asfaltu ale w słoneczne dni nie powinno być większego problemu aby nią przejechać.

Samym promem już nie płynąłem, bo nie wpadłem na pomysł, że może on kursować w określonych godzinach, a mi nie chciało się czekać godziny, czy też dwóch na pierwszy kurs.

Prom o wdzięcznej nazwie Turkawka na swój pokład zabiera około dwunastu osób. Z tej nietypowej i co najważniejsze BEZPŁATNEJ usługi korzystają głównie rowerzyści. Przeprawa trwa ok. 5 minut, bo i odcinek do pokonania jest naprawdę krótki – tak na oko będzie ze 150 metrów.

W dni powszednie prom odbywa 7 kursów, w soboty i niedziele aż 24. Mi udało się do niego dotrzeć w sobotę około godziny 8-9 więc musiałbym czekać na niego prawie dwie godziny 😦

Wybrałem więc drogę prze nowy most im. Marii Skłodowskiej-Curie i teraz już wiem, że opłacało się nadrobić te parę kilometrów, żeby skorzystać z tej pięknej nowej drogi rowerowej.

Z tego mostu trzeba dostać się do ul. Modlińskiej, a tą już prosta droga do drugiego celu mojej przejażdżki – Zalewu Zegrzyńskiego.

Odrobinę problemu po drodze robią dziwne znaki zabraniające w niektórych miejscach poruszać się rowerem po jezdni, ale cóż może to dla naszego bezpieczeństwa, a jeżeli nie to głupoty ludzkiej nie przeskoczymy więc na wszelki wypadek należy trzymać się znaków.

Zalew Zegrzyński – Jezioro zegrzyńskie – to nic innego jak utworzony w 1963 roku zbiornik retencyjny obecnie wykorzystywany jest jako akwen żeglugowy, energetyczny, rolniczy, rekreacyjny oraz do celów ochrony przeciwpowodziowej i pełni również funkcję zbiornika wody pitnej – jak wspomina wikipedia.pl

Powstał on po przegrodzeniu koryta Narwi zaporą w Dębem.

Po paru zdjęciach nad Zegrzem zacząłem się kierować w stronę Serocka – który jednak zostawiłem sobie na oddzielny trip i tuż przed samym Serockiem odbiłem na Modlin.

Nie ma prostszej drogi niż ta do Modlina, a sam Modlin, który ostatnio słynie przede wszystkim z problemów z pasem startowym jest zdecydowanie wart odwiedzenia i zwiedzenia.

Ja moją podróż do Modlina zacząłem typowo – od lotniska z którego nie udało mi się kiedyś wylecieć. Dopiero później udałem się do samego miasta Modlin, które słynne jest dzięki twierdzy Modlin.

Miejsce to jest urokliwe, wszędzie wokół dają o sobie znać powiązania tego terenu z wojskiem. Jadąc wzdłuż głównej ulicy można podziwiać stare ufortyfikowania i mnóstwo składowanego sprzętu wojskowego.

Za Modlinem zaczęły się moje pierwsze problemy ze sprzętem. Padł mi telefon i musiałem go zresetować (do dziś nie wiem jakim cudem wklepałem odpowiedni PIN). Pobłądziłem na drodze przez Wisłę i musiałem wracać,  skończyła mi się również woda w bidonach.

Wodę uzupełniłem bardzo szybko na najbliższej stacji, a z resztą też sobie poradziłem – nadrobiłem parę kilometrów i znowu byłem na tej poprawnej ścieżce.

Kolejnym punktem na mojej sobotniej mapie było Leszno na drodze do którego spotkałem innego kolarza- droga minęła zatem bardzo szybko i przyjemnie. W Lesznie nasze drogi się rozjechały, On (na swoim Giant’cie) pojechał w stronę Warszawy – w lewo, a ja w stronę Żelazowej Woli – w prawo.

Droga do Żelazowej Woli to sielanka, jedzie się jak po maśle. Droga nowa, równa, aż pachnie. A sama Żelazowa Wola to kolejna sielanka. Miejsce urodzenia największego polskiego kompozytora i jednego z trzech największych muzyków w całej historii zachwyca przyrodą.

Do parku przy dworku Fryderyka Chopina nie można wprawdzie wejść z rowerem, ale przed wejściem jest miejsce, żeby pozostawić swój sprzęt.

Godziny otwarcia:

Dworek:

1 kwietnia – 30 września: wt.-niedz. 9.00 – 19.00

2 października – 31 marca: wt.-niedz. 9.00 – 17.00

Park:

1 kwietnia – 30 września: pon.-niedz. 9.00 – 19.00

2 października – 31 marca: pon.-niedz. 9.00 – 17.00

Koncerty: maj i wrzesień: niedziela godz. 12.00 i 15.00

lipiec – sierpień: sobota, niedziela godz. 12.00 i 15.00

Ceny biletów:

Dworek i Park: normalny – 23 PLN, ulgowy – 14 PLN, bilet rodzinny – 64 PLN

grupowy: normalny – 19 PLN/os., ulgowy – 11 PLN/os.

Park: normalny – 7 PLN, ulgowy – 4 PLN, bilet rodzinny – 20 PLN

grupowy: normalny – 6 PLN/os., ulgowy – 3 PLN/os.

Tuż obok jest świetna restauracja w której można usiąść i uzupełnić niedobory energii. Rzeczone ubytki energii w restauracji prowadzonej pod szyldem Magdy Gessler – „Przepis na kompot” – uzupełnia się z wielką elegancją 🙂

W tym momencie, tzn. za Żelazową Wolą złapała mnie lekka mżawka, która zrosiła lekko drogę i przez którą parę kilometrów dalej na zlikwidowanym już przejeździe kolejowym zaliczyłem swojego pierwszego szlifa.

Szlif ten miał miejsce tuż przed wjazdem do Sochaczew, który był moim punktem na mapie zwiastującym początek powrotu do domu. Wobec mojego upadku nie zwiedziłem w ogóle Sochaczewa – mam więc motyw żeby odwiedzić go jeszcze raz.

Z Sochaczewa wzdłuż linii kolejowej ruszyłem do Żyrardowa, droga dłużyła się niesamowicie, była dziurawa, wiało niemiłosiernie, a mnie bolała d…a. Tak czy inaczej był to najgorszy odcinek całej trasy, jezdnia naprawdę jest tu zaniedbana i pamięta zapewne jeszcze wozy Rzymian jadących nad Bałtyk.

Żyrardów to miasto w którym kupiłem mojego Treka, dlatego mam do niego wielki sentyment. Jest naprawdę ciekawym punktem na mapie architektury Mazowsza. W rejestrze zabytków znajduje się aż 296 obiektów z Żyrardowa. Są to głównie budynki pochodzące z drugiej połowy XIX wieku oraz początków XX wieku, a Żyrardowska osada fabryczna jest obecnie jedynym w Europie, zachowanym w całości, zespołem urbanistycznym miasta przemysłowego z tego okresu. Co więcej większość budynków mieszkalnych i użyteczności publicznej nadal pełni swoją funkcję. Osada Fabryczna została uznana w styczniu 2012 za Pomnik historii.

W Żyrardowie przypomniał już o sobie czas, który minął mi w drodze bardzo szybko – bateria w telefonie pokazywała już tylko 4% i dlatego zdecydowałem się jeszcze zahaczyć o Żelechów i dom rodziców żeby podładować na drogę powrotną komórkę i coś zjeść ;P Po obiadku u mamusi zostały mi już ostatnie dwa punkty podróży – Tarczyn i wreszcie dom.

Jeżdżę zazwyczaj przez Tarczyn jak wracam do Raszyna z Żelechowa przede wszystkim dlatego, że jest tu lepsza droga i oczywiście dlatego, że jedzie się przez piękny las.

Na trasie powrotnej spotkałem kolejnego rowerzystę z którym jechałem aż do samego Raszyna, on jechał na starym góralu, z pozoru nic, ale trzeba mu przyznać, że miał depnięcie i ograniczało go wyłącznie przełożenie. Gdyby on jechał na kolarce to na pewno bym go nie dogonił.

Cała trasa była spełnieniem mojego tegorocznego marzenia i okazała się czymś więcej… Pokonałem na niej swoje słabości, podziwiałem piękno naszego regionu i potencjał kolarski jaki w nim drzemie i stałem się prawdziwym kolarzem – czyt. mój pierwszy szlif 🙂

Do zobaczenia na szosie.

Reklamy

One comment on “Tour de Varsovie – czyli moje pierwsze 200+ km.

  1. Pingback: Baton energetyczny – bomba smaków | Mick & Bike

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 8 grudnia 2013 by in RoadTripping and tagged , , , , , , , , , , , , , , , .
Ius et Sport

Koło Naukowe Prawa Sportowego ,,Ius et Sport"

GONKA

Way of cycling

Tour de Warsaw

300 kilometrów na rowerze dookoła Warszawy

Co w prawie piszczy

THE BIG BIKE THEORY

%d blogerów lubi to: