Mick & Bike

THE BIG BIKE THEORY

Atak na Mont Kalvaria

Atak na Mont Kalvaria

Góra Kalwaria to jedno z ważniejszych miast okolic Warszawy, jest ono oddalone od centrum stolicy zaledwie 34 km, a ze względu na swoją historię i zabytki jest ono na pewno godne odwiedzenia podczas wizyty na Mazowszu. Szczególnie godne polecenia jest dotarcie do Tego miejsca rowerem, a to ze względu na malownicze, choć czasem ruchliwe drogi prowadzące do samego miasta.

Jeżeli myślisz, że właśnie znalazłeś górę do treningów na Mazowszu (tak jak ja myślałem zanim wybrałem się tam pierwszy raz) to niestety jesteś w błędzie. Trasa do Góry Kalwarii nie jest zbyt wymagająca, jedynym utrudnieniem na trasie jest może (jadąc przez Piaseczno) jednopasmowa jezdnia i ilość wyprzedzających samochodów. Nie boli może to ile Cię tam wyprzedzi aut, ale to jak niektóre to robią, a z drugiej strony tych niepotrafiących wyprzedzać jest już coraz mniej, więc nie ma, co narzekać.

Właściwie cała trasa jest wyposażona w nowy gładziutki asfalt, więc można sobie poszaleć niezważając na to, że za chwilę wpadnie się w jakiś krater. Przyznać też trzeba, że większość trasy do Góry Kalwarii wiedzie lekko pod górę, ale naprawdę jest to bardzo lekki – choć dość długi – podjazd.

W poszukiwaniu gór na Mazowszu …

Moje pierwsze spotkanie z Górą Kalwarią miało miejsce po tym jak na mojej ścianie na Endomondo pojawiła się informacja, że mój kumpel CELO wybrał tę destynację, jako cel swojej sobotniej podróży. Pierwsze co pomyślałem to – GÓRA Kalwaria, będzie trening przed Małopolską J

I w ten sposób skomponowałem trasę na 15 czerwca 2013 roku

Raszyn – Ursynów – Góra Kalwaria – Grójec – Żelechów – Tarczyn – Raszyn

Trasa miała 140 km i przebycie jej zajęło mi, aż 5.45 h. Wynik ten nie jest imponujący, ale tłumaczyć się będę, że miałem po drodze dużo do załatwienia. Na Ursynowie kupowałem koszyki na bidony (bo są najtańsze w całej Warszawie) a za Górą Kalwarią na skutek znaku B-9 postawionego w miejscowości Chynów zastanawiałem się dość długo czy gdzieś dojadę tą drogą, którą jechałem. Tu muszę od razu wtrącić, że warto było zjechać z krajowej 50.

Wyjeżdżając z Warszawy ul. Puławską z Warszawy w kierunku Piaseczna nie uświadczysz drogi rowerowej aż do skrzyżowania w Mysiadle, jak tylko zobaczysz Auchan Twoim oczom ukaże się również znak zakazujący jazdy rowerem po jezdni który obowiązuje na całych 500 m drogi. Ja go akurat za pierwszym razem nie zauważyłem, ale jakiś życzliwy kierowca szybko mi uświadomił trąbiąc na mnie i spychając samochodem na pobocze, że źle zrobiłem (uff… ,jak dobrze, że są tacy „aniołowie” stróże).

Za Piasecznem lepiej nabrać sił na zjeździe, odpocząć troszkę jeżeli już się zdążyliśmy zmęczyć, bo tuż za zakrętem i niewidocznym prawie mostkiem zaczyna się niezbyt stromy ale żmudny podjazd, który towarzyszy nam już właściwie do samej Góry Kalwarii. Na naszą korzyść działa tu jednak idealna nawierzchnia, która niedawno chyba była wymieniana, bo jedzie się jak po maśle.

Właściwie cała moja trasa wiodła głównymi ulicami, ale ruch w sobotę nie jest szczególnie wzmożony, a większość kierowców jednak zachowuje się normalnie na drodze, dzięki czemu można się czuć bezpiecznie (oczywiście jak wszędzie można trafić na jakiegoś abnegata, ale cóż …).

Sama Góra Kalwaria wita nas na bogato, chwaląc się jednym z ładniejszych i nowocześniejszych basenów w okolicy i mnóstwem przedsiębiorstw oraz hal produkcyjnych.

Góra Kalwaria jest świetnie oznakowanym miastem, więc nie będzie żadnego problemu, żeby trafić na rynek.

 Jadąc dalej, za pierwszym razem skręciłem na rondzie w prawo w ul. Grójecką. Trasa dalej wiedzie jednopasmówką przez las, ale tym razem zbliżamy się do Grójca. Przed Chynówem kończy się nam możliwość podróżowania przyjemnym, nowym asfaltem i znak zakazujący poruszania się dalej główną drogą rowerą- kieruje nas jednocześnie na tzw. dojazdówkę. Jest ona w kiepskim stanie i to delikatnie powiedziawszy, ale prawdziwa trasa Paris-Roubaix zaczyna się we wsi Wola Pieczyska. No dobrze, aż tak źle nie jest, a po za tym wszystko wynagrodzi nam klimat tej i następnych malowniczych miejscowości.

Z powrotem wjeżdżając na krajową 50 niestety musimy złamać przepisy i zignorować znienawidzony znak B-9, gdyż nie ignorując go parę metrów dalej będziemy zmuszeni złamać inne przepisy, przechodząc przez jezdnię w niedozwolonym miejscu, skakać przez jakiś rów czy coś tam.

Dalej trasa do Grójca jest już prosta, nawet bardziej prosta niż sama droga, po drodze napotkamy jeszcze jeden znak, zabraniający rowerzystom jazdy krajową 50, ale jego ominięcie jest już naturalnie proste – należy lekko odbić w prawo i jechać prosto. Będziemy wtedy przejeżdżali koło słynnego Słomczyna i giełdy samochodowej. W tym miejscu moi rodzice nie tylko kupowali samochody, w tym miejscu kupiliśmy naszego kochanego psa Pluto, tu kupowało się ubrania, płyty, wreszcie rowery, co dusza zapragnie. Teraz Słomczyn jest bardziej znany z toru samochodowego.

Od Słomczyna już tylko rzut beretem do Grójca, ale ja do samego Grójca nie wjeżdżałem – może innym razem. Odbiłem na rondzie przed Grójcem na Warszawę i zacząłem się zmagać z tym podjazdem który nagle wyrósł przed moim przednim kołem – zaledwie kilometrowy, ale potrafi zmęczyć jak się zapomniało o czymś na ząb po drodze.

Na główną drogę – ul. Warszawską – wskakujemy dopiero w Głuchowie i stamtąd już prosta droga do Warszawy, cały czas właściwie szerokie, bezpieczne pobocze, a droga naprawdę gładziutka. Ja jeszcze wskoczyłem na obiad do rodziców i zaliczyłem podjazd w Tarczynie.

Cała trasa, choć wydaje się być ruchliwa to naprawdę sprawiła mi dużo radości, choć było trochę też niepewności, gdzie ja właściwie wyjadę za tą Górą Kalwarią, ale na szczęście trafiłem do Grójca.

Atak od Mszczonowa – 03 sierpnia 2013 roku

Raszyn – Mszczonów – Grójec – Góra Kalwaria – Piaseczno – Raszyn

Trasa ok. 129 km, która zajęła mi około 4h15min.

Po drodze na tej trasie zdążyłem się zgubić, prowadzić rower „półpustynią” i spotkać parę ciekawych osób. Na wybór tej trasy namówił mnie mój tata, który opowiadał mi, że była to jego standardowa trasa treningowa, którą pokonywał przygotowując się do każdego kolejnego wyścigu.

Co trzeba przyznać to, na pewno to, że od tego czasu bardzo dużo się pozmieniało na tej trasie. Przede wszystkim nawierzchnia, która teraz jest gładziutka właściwie przez cały czas. Po drugie wyrosła nowa doga ekspresowa i niestety część z niej nie jest udostępniona do śmigania nań rowerem.

Jak widać po przekroju elewacji to nie Góra Kalwaria jest momentem szczytowym tej trasy, a raczej jakaś wieś za Mszczonowem, ale i tak musimy sobie napisać prawdę w oczy – dalej jeździmy po Mazowszu i przewyższenie na całej trasie to około 100 metrów.

Z samego centrum Warszawy do Mszczonowa jest około 46 km, ja ruszając z Raszyna miałem te 10 kilometrów bliżej. Praktycznie cała droga, którą wybrałem wiedzie wzdłuż głównej trasy na Katowice – popularnej Katowickiej – która jest o tyle wygodna, że posiada szerokie pobocze. Dlatego też nie wybieram bocznych dróg, bo tu czuję się bezpieczniej. Po za tym na tej trasie jest zawsze dużo kolegów kolarzy. Dwupasmówką można jechać, aż do świateł przy hali „Canpol Babies” i tam skręcić w prawo, a później jechać cały czas pasem awaryjnym. Można również, aż do Radziejowic jechać główną drogą i tam dopiero zjechać na jakąś dojazdówkę, skręcając w prawo i pod wiaduktem na rondzie skręcając w lewo.

Z tego miejsca zaczyna już się czuć, że to za Mszczonowem jest punkt kulminacyjny, spory (jak na warunki Mazowieckie) podjazd ciągnie się około dwóch kilometrów.

Droga z Mszczonowa do Grójca jest miła i prosta. Świetna nawierzchnia, parę ładnych podjazdów i ogrom sadów, lasków. Ruch jest troszkę większy, a droga węższa, ale to nie przeszkadza w cieszeniu się każdym kilometrem i każdym podjazdem.

Mój problem zaczął się dopiero za Grójcem, gdyż zamiast skręcić na Słomczyn i przeskoczyć odcinek oznaczony zakazem poruszania się rowerem, pojechałem w prawo i dojazdówką dotarłem do jakiejś wsi. Tam spotkałem przemiłego Pana, który pchał swój rower (nie był w stanie raczej na nim jechać, i nie chodziło tu tylko o fakt, że transportował na nim dywan, który wlekł się jeszcze daleko za rowerem), on wskazał mi najbliższe skrzyżowanie i swoim zachrypniętym i przepitym głosem powiedział „tam w prawo”.

Tak też pojechałem, za chwilkę skończył się asfalt i zaczął piach. Ja na swoich cienkich oponach nie miałem szans – ale walczyłem. Walczyłem, aż do skrzyżowania, na którym przemiła Pani na traktorze wskazała mi kierunek do najbliższej szosy. Prowadząc już – tą drogą mojego Treka, odmachałem jeszcze dzieciom tej miłej Pani siedzącym po dwóch stronach traktorzystki – na błotnikach traktora i parę metrów dalej spotkałem jej męża, który również zauważył szerokość moich opon. On właśnie uświadomił mi, że ta najbliższa szosa jest oddalona o jakieś dwa kilometry. Cóż … … … doszedłem.

A jak już doszedłem cała reszta trasy to pikuś. Już pamiętałem gdzie mam skręcić, żeby jechać przez spokojne i malownicze wsie, które są punktem obowiązkowym (ze względu na znak B-9). W jednej z tych wsi w bardzo klimatycznym sklepie zaopatrzyłem się w wodę (na panią sklepową trzeba było trochę poczekać, bo akurat poszła do domu, ale obsługa była pierwsza klasa), a mi i tak już się nie spieszyło.

Wracając z Góry Kalwarii nie jest wcale jakoś łatwiej, nie zjeżdża się cały czas z „GÓRY”, ale stan nawierzchni wszystko rekompensuje, jak również okoliczności przyrody pomagają w spokojnym dojechaniu do Piaseczna.

Konkludując ten wyjazd, mogę powiedzieć tylko jedno: warto czasem zjechać z szosy, żeby ją docenić bardziej.

Przerwana wycieczka z 05 października 2013 roku

Raszyn – Piaseczno – Góra Kalwaria – „JAKIEŚ POLE”

Przy opisie tej trasy nie rozpiszę się jak przy poprzednich, powód jest banalny – dętka, szmata, flak – po prostu pech.

Tym razem do Góry Kalwarii wybrałem się przez Dawidy i Piaseczno. Żeby zrobić tę trasę jadąc z Warszawy, trzeba pamiętać tylko żeby w Raszynie za kładką skręcić w lewo koło Opla. Stamtąd droga jest już bardzo prosta – wzdłuż ul. Sportowej, która kolejno przechodzi w Raszyńską, a później w Warszawską i w Dawidach skręcić w prawo na kolejnym skrzyżowaniu za światłami. Albo chcąc poznać jeszcze dogłębniej okolice Warszawy, można także skręcić na światłach w prawo w ul. Długą, a następnie w Dawidach, jeszcze spory kawałek za szkołą w lewo w uliczkę, która prowadzi do nowo wybudowanego kościoła. W każdej z tych sytuacji tak czy inaczej wylądujemy na ul. Stefana Starzyńskiego, na końcu, której przy hali spółki Action S.A. skręcimy w lewo, a następnie na kolejnym skrzyżowaniu w prawo i od tego momentu mamy bardzo długi prosty odcinek.

Ja ul. Postępu dojechałem, aż jedną przecznicę za światłami na skrzyżowaniu Słonecznej, ale nie polecam jednak jechać tamtą drogą – więcej tam dziur niż asfaltu. Ul. Słoneczną spokojnie i miło można dojechać do ul. Puławskiej i stamtąd już prosta droga do Góry Kalwarii.

Tym razem na rondzie w Górze Kalwarii skręciłem w lewo na Mińsk Mazowiecki. Zjazd jest przepiękny, z góry rozciąga się piękny widok na pobliskie pola, zza drzew można dojrzeć zniewalającą panoramę okolicy, a sama droga rozpędza nas do zawrotnej prędkości. W ten sposób dojeżdżamy do mostu na Wiśle.

Ja wybrałem drogę, która zaczyna się zaraz za mostem, trzeba zejść parę stopni po stromych schodkach, ale za to dalsza część trasy wiedzie przy samej Wiśle po wale. Nie jest to jednak trasa na kolarkę, choć okolica jest przepiękna. Jadąc wałem możemy podziwiać piękno przyrody, ale nie rozpędzimy się zbytnio. Coś za coś. Za to właśnie popodziwiać możemy przepiękny stary most kolejowy, który idealnie wpisuje się w krajobraz. Ja pozwoliłem sobie na dodatkowe parę fotek.

Nad samą Wisłą nie trudno znaleźć miejsce ma mały chill-out, z batonem energetycznym i bidonem pełnym izotoniku. Spokój, cisza, błogostan, a to zaledwie parędziesiąt kilometrów od Warszawy.

Moja przygoda z tą trasą skończyła się na 43 kilometrze, gdzieś w szczerym polu, na drodze wysypanej białymi kamieniami. Tylna opona huknęła i został mi już tylko telefon do przyjaciela. A teraz jak patrzę na tą trasę to widzę, że wystarczyło po prostu jechać dalej wałem i dojechać do szosy.

Cóż to na pewno nie koniec moich wycieczek z Górą Karwarią w tle, więc

do zobaczenia na szosie.

Advertisements

2 comments on “Atak na Mont Kalvaria

  1. Pingback: Kolarski.eu – niedzielny CoffeRide | Mick & Bike

  2. Pingback: La Grande Boucle – czyli 150km w doborowym towarzystwie | Mick & Bike

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 20 grudnia 2013 by in Prosto z szosy and tagged , , , , , , , , , .
Ius et Sport

Koło Naukowe Prawa Sportowego ,,Ius et Sport"

GONKA

Way of cycling

Tour de Warsaw

300 kilometrów na rowerze dookoła Warszawy

Co w prawie piszczy

THE BIG BIKE THEORY