Mick & Bike

THE BIG BIKE THEORY

Wprawdzie zawodowym kolarzem nie zostałem

Wprawdzie zawodowym kolarzem nie zostałem, ale rower to mój wielki przyjaciel, towarzyszący mi we wszystkich chwilach podróży przez życie.
Historia mojej przyjaźni z rowerem zapewne nie jest niepowtarzalna, o czym świadczy choćby ilość blogów poświęconych tematyce rowerowej, ale niepowtarzalna jest na pewno historia mojej pasji.

Mój pierwszy rower to już legenda – był czerwony i miał siodełko w szachownicę, niestety nie zachowało się żadne jego zdjęcie (ale to już wina źle przechowywanych klisz). Rower tak wymarzony przez mojego tatę i przez niego też zdobyty (zdobyty jak większość rzeczy w PRL), nie był takim zwykłym rowerem z minionej epoki, mój tata kupił mi go (zdobył) w tym samym czasie gdy rodzice zaczęli planować rodzinę. Ja pojawiłem się dopiero trzy lata po zakupie roweru.

Tak, więc tata upatrzył i wybrał dla mnie rowerek, który jest wspominany do dziś w całej mojej ogromnej rodzinie. Mój tata będzie przewijał się pewnie przez kolejne posty, bo to właśnie on zaszczepił we mnie szosowego bakcyla – sam kiedyś był kolarzem – ja wzorując się na nim na 100% nauczę moje pociechy miłości do tego pięknego sportu.

Na rowerze uczył mnie jeździć tata razem z dziadkiem – wiadomo męska sprawa nauczyć syna prowadzić pojazd mechaniczny. I nie mówię tu o jakiejś nauce jazdy czterokołowcem (to potrafi każdy), tata i dziadek nauczyli mnie jazdy na dwóch kółkach na mojej czerwonej strzale. Po tej nauce jeszcze tylko moja chrzestna – ciocia Renia – musiała nauczyć mnie skręcać, ale to był drobny szczegół.

Pamiętam, że podczas tej nauki zaliczyłem moją jedyną wywrotkę na wiele, wiele lat. WYWROTKA to może za dużo powiedziane, ale fakty są takie, że jadąc po raz kolejny drogą od taty do dziadka jak już byłem w połowie drogi (a odległość, z uwagi na to, że dziadek i tata uczyli jeździć kolejne pokolenie Hejduków) była dość spora, pojawił się na ulicy na której się uczyłem jeździć samochód i wtedy tata zaczął krzyczeć, dziadek zaczął biec, a ja spokojnie wjechałem w krzaki (jako, że ciocia Renia nauczyła mnie skręcać później) – tą sytuację można nazwać moim pierwszym szlifem kolarskim. Sam samochód zatrzymał się przy którymś z domów sąsiadów mieszkających bliżej początku ulicy i nawet nie przejechał obok.

Czerwona strzała towarzyszyła mi bardzo długo, aż z niej wyrosłem i oddałem komuś z rodziny, żeby cieszył kogoś innego, ale w ten oto sposób stałem się również dumnym posiadaczem zielonego składaka marki Romet. Romet jak wygląda każdy wie 🙂
Ach co to była za maszyna, podróżował ze mną wszędzie. Podczas wakacji na wsi mój Romet zamieniał się w klasycznego górala. Gdy wracałem do Warszawy Romet był spokojnym rowerem miejskim. Podczas wyścigów z moimi kuzynami zamieniał się w rasową kolarzówkę (i był najszybszy). Wszystkie te funkcje łączył będąc cały czas małym zielonym składanym Rometem.

Nadeszła jednak wielka chwila i moment pierwszej komunii – w czasach, kiedy szczytem marzeń było dostać „górala” w prezencie od rodziców.

Już wszyscy moi kuzyni mieli nowe rowery, a moja komunia wypadła ostatnia. Konrad (mój brat cioteczny który mieszkał najbliżej i najczęściej towarzyszył mi w wyprawach rowerowych), zdążył już zaliczyć pierwszy drobny wypadek na swoim nowym rowerze .
Któregoś dnia – zupełnie zwykłego – zaraz po szkole przybiegłem do rodziców do pracy i w tej właśnie chwili na ulicy pojawił się ogromny autokar. Moi rodzice już wiedzieli, że za chwilkę będzie szał radości i takie tam towarzyszące spełnieniu marzeń dziecka – okrzyki.
Z ogromnego luku bagażowego Pan Radek wyjął włoski (bo przyjechał do mnie z Rzymu) złoto-czarny rower, na którym kręciłem jeszcze parę lat po tym jak wszyscy znajomi zapomnieli co w ogóle dostali na komunię. Przejechałem na nim 10 lat.

Na pięknym włoskim rowerze razem z moim już wspomnianym bratem ciotecznym Konradem, w trzeciej klasie szkoły podstawowej – z Raszyna pod Pałac Kultury w tajemnicy przed wszystkimi – wybrałem się na wycieczkę. O tej eskapadzie nasi rodzice dowiedzieli się dopiero jak byliśmy już w liceum. Podobnie jak wszystkie moje rowery włoski kumpel był przede wszystkim zadbany i zawsze czysty (zawsze po trasie – jeżeli tylko wymagała tego sytuacja – najpierw łapałem za ścierkę i przecierałem rower – tak zostało mi do dziś).
Nadszedł jednak moment pożegnania się z komunijnym góralem z wiecznego miasta i na któreś z kolei urodziny od rodziców dostałem rower – tym razem był to rower górsko-trekingowo-szosowy.

Szarak – takie miał imię (może nie zabłysnąłem tu elokwencją ale technicznie wiadomo było o co chodzi), był pierwszym rowerem na którym odkryłem radość z robienia kilometrów. Dbałem o Niego jak dba się o najlepszego kumpla – dostał ode mnie nowe koła (jak na zdjęciach), nowe siodło, właściwie tylko rama i przedni amortyzator zostały oryginalne – a on odpłacał mi się niezawodnością. Moje prace nad nim szły w kierunku roweru szosowego, aż pewnego dnia po kolejnym popołudniu na Allegro.pl stwierdziłem, że nie ma co, kupuje szosę.

Do mojego Edka przywiązałem się bardzo. Jazda kolarzówką jest czymś zupełnie innym niż jazda np. zielonym Rometem.
Po szarym przyjacielu została mi smykałka do ulepszania roweru, więc i Edkowi wymieniłem koła i co tam się dało mu wymienić – i tak w mojej pierwszej kolarzówce oryginalne części można było zliczyć na palcach jednej ręki.
Trasy z Edkiem opiszę w innym poście – gdyż w tym czasie poznałem Marcina, do którego czasem jadę pojeździć po górkach. Od tego też czasu polubiłem Kraków – może i kiedyś Kraków polubi i mnie 😛

Obecnie jestem szczęśliwym posiadaczem Trek’a Alpha 2.3 – białego i wymarzonego i właśnie z nim zaczynam moją podróż przez blogosferę.

Reklamy

One comment on “Wprawdzie zawodowym kolarzem nie zostałem

  1. Marcin Wesolowski
    17 lutego 2014

    ja muszę się przyznać, że moja pierwsza przygoda z rowerem to dopiero ojca ukraina, a potem tak na serio, góral, który dostałem na komunię. Specjalne był dosyć spory, żebym mógł na nim trochę pojeździć. Zaliczyłem nim swój pierwszy poważny wypadek 😉 potem były stare kolarki peugota, ale nie było mnie stać na ich podrasowanie, więc z czasem umarły śmiercią naturalną. Jak już byłem dorosły, miałem swój oldschoolowy grat w Chinach, którym jeździłem wszędzie i psuł się na każdym kroku (jednak naprawy kosztowały jakies 2 złote z reguły), aż w końcu dorobiłem się swojego Treka! Pozdrawiam i dalszych sukcesów życzę!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 15 lutego 2014 by in O mnie.
Ius et Sport

Koło Naukowe Prawa Sportowego ,,Ius et Sport"

GONKA

Way of cycling

Tour de Warsaw

300 kilometrów na rowerze dookoła Warszawy

Co w prawie piszczy

THE BIG BIKE THEORY

%d blogerów lubi to: