Mick & Bike

THE BIG BIKE THEORY

Solidna mazurska sensacja – Tour de Mazury.

W poszukiwaniu najlepszego chill’u wybraliśmy się na Mazury  – wybraliśmy się, bo było nas czterech (w porywach do pięciu): Cyklista w Warszawie, Adam, Rafał, Michał Zwkihgfkigfikg…. i ja. Na Mazury akurat- bo wszyscy jak jeden uważamy, że kolarstwo oprócz przyjemności, którą daje sama jazda na rowerze („bo żeby jeździć, trzeba jeździć”) to również, a może przede wszystkim wspólne ze znajomymi odkrywanie nowych miejsc.

***

GODZINA „W”

Cały Tour de Mazury – jak na prawdziwy tour przystało zaczął się rundą honorową – razem z innymi rowerzystami uczciliśmy okrągłą 70’tą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Z Placu Piłsudskiego na godzinie „W” przejechaliśmy na rondo Dmowskiego, żeby tam z innymi Warszawiakami stanąć na tą jedną, tak ważną dla Warszawy, minutę.

FILM: ARTUR MAJEWSKI

Po rundzie honorowej spakowaliśmy nasze rowery do samochodów i zaczęliśmy nasz PRO Tour:)

Dzień I – „CHŁODNIK BREJK”

Pierwszy dzień miał być w założeniu dniem rozruchowym, zaplanowana była trasa około 100 km i tyle mniej więcej wyszło (120 km -Mazuring).

Zaczęliśmy z Trelkówka, gdzie dzięki życzliwości Adama mieliśmy wszystko czego była nam potrzeba, czyli łóżka, kuchnia, grill i jezioro 50 metrów od domu 🙂

Z samego rana dojechał do nas jeszcze Michał ze swoją Meridą i w sumie byliśmy gotowi do traski. Trasa zaczęła się od narzekań bo wieczór był ciężki, trzeba było jeszcze sprzęt ustawić, rozkręcić nogę i przyzwyczaić się do FULL LAMPY, bo cienia tam nie uraczyliśmy.

Pierwszy BREJK wypadł nam w Biskupcu do którego było jakieś 30 km. Tam na rynku znaleźliśmy świetną kawiarnię ze znakomitą obsługą i to dało nam kopa do dalszej walki z rozgrzaną szosą. Sama szosa była dla nas wyjątkowo łaskawa, bo właściwie cały czas jechaliśmy wzdłuż drogi nr 16 – drogą techniczną, dzięki czemu mogliśmy w spokoju podziwiać wszystkie atuty Mazur – pejzaże, jeziora w oddali, ogromne połacie pól i co chwila podjazdy i zjazdy (sztajfy jakich mało).

Ale Lampa była tak potężna, że woda z bidonów schodziła jakby bidony były dziurawe. Na szczęście na trasie było sporo sklepów, a w większości nich woda była nawet w lodówkach. Po drodze były też takie atrakcje jak kurtyny wodne w Barczewie. Wybawiliśmy się tam jak dzieci.

Z Barczewa jednak droga nie była już taka prosta, skończyła się szosa techniczna i musieliśmy przeskakiwać przez jakieś rowy, tłuc się główną trasą. Na szczęście do naszego drugiego celu dnia pierwszego, było już niedaleko. Olsztyn (nasz drugi cel) powitał nas temperaturą iście piekielną, więc jak tylko znaleźliśmy się w centrum skorzystaliśmy z uroków tego miasta:

Po lekkim ochłodzeniu się i odświeżeniu byliśmy gotowi na główny punkt dnia – obiad. A na obiad chłodnik, coś zimnego do picia, woda (która okazała się najdroższym daniem) i na dobicie jeszcze sałatka – a co, ma się gest 😛 Jedliśmy w Staromiejskiej więc było i wykwintnie, szlachetnie i PRO – grunt, że mieliśmy co spalać na powrocie do Trelkówka. Po obiedzie napełniliśmy bidony przy kraniku który stoi przy restauracji i zaczęliśmy powoli wracać.

Na wyjeździe z Olsztyna zahaczyliśmy kolejną kurtynę wodną, co okazało się pomysłem idealnym bo wyjazd z Olsztyna to jedna wielka sztajfa, a regułą było, że jak Cyklista zauważył sztajfę  to moment był ŚWIEŻY i jechał ile fabryka dała. W ogóle jak poczuł nawet najmniejsze wzniesienie to przyspieszał jakby wiedział, że właśnie zaczyna się segment na STRAVIE, a on chce tego KOM’a. Ale już pisałem, że chłop ma dynamit w łapie, a jeszcze do spółki z Michałem o którym też już pisałem w poście o LGB250 km, to drużyna nie do zajechania.

Pierwszy dzień minął dość szybko. Krótka, rozruchowa trasa przerodziła się w walkę o przeżycie – przynajmniej w moim wypadku, ale przeżyłem i dojechaliśmy na popołudniowy chill w jeziorze.

Ten dzień obfitował w piękne sesje zdjęciowe, i szalone filmiki kręcone (dzięki uprzejmości naszego kumpla Artura Majora Majewskiego) z monopoda.

FILM: CYKLISTA W WARSZAWIE

***

Dzień II – „WRZUCAJ BLAT, SZTAJFA”

Na dzień drugi zaplanowana była najdłuższa trasa, która miała mieć około 200 km, finalnie mając w pamięci FULL LAMPĘ dnia poprzedniego i dobrą zabawę w nocy, po wielu namowach Cyklista wyznaczył nową trasę która miała około 150 km i prowadziła nas do Mikołajek przez Rucianą Nidę.

Na trasę Tour de Mazury dnia drugiego ruszyliśmy z samego rana – tak około 10:00, po tym jak skorzystaliśmy z miejscowego SPA (czyt. Jezioro) i zjedliśmy śniadanie mistrzów (po batonie Corny i bananie na główkę). Już od początku trasa była przeciwko nam, pogubiliśmy się i zamiast pojechać w lewo i wracać przez Rucianą Nidę to pojechaliśmy na Szczytno co wymusiło od nas zmianę planów.  Za Szczytnem jednak Cyklista znalazł piękną szosę która wiodła środkiem lasu, była właściwie nie użytkowana przez samochody więc, powoli zaczęło się robić dobrze. W Świętajnie zrobiliśmy mały BREJK na uzupełnienie płynów, bo o ile pierwszego dnia wydawało mi się, że mam pęknięty bidon, bo tak szybko woda schodziła, o tyle na tej trasie działał on jakby nie miał dna, a wszystko co do niego wlewałem od razu z niego się wylewało. Lampa dała nam się mocno we znaki i tylko Cyklista w Warszawie był ŚWIEŻY.

W Rucianej Nidzie zatrzymaliśmy się na kolejne uzupełnienie płynów i coś lekkiego do przegryzienia, bo na samych Corny nie dało się jechać tak jak chcieliśmy. Tam też zaplanowaliśmy, że do Mikołajek będziemy przeprawiać się promem – może nie StenaLine, ale zawsze to jakaś odmiana od ciągłej szosy.

Jeżeli już piszę o urozmaiceniach, to trzeba przyznać, że już jadąc na prom lekko żałowaliśmy, bo to co spotkaliśmy zamiast nawierzchni w drodze na prom ciężko jest mi nazwać szosą, chociaż, gdzieniegdzie były przebłyski asfaltu. Przy tej trasie trzymała nas tylko nadzieja, którą nam zrobił znak mijany na wjeździe do lasu którym jechaliśmy, że po drodze będzie można spotkać dzikie i niebezpieczne KONIE. Niestety konii nie spotkaliśmy, a do promu jechaliśmy 10 km tą niby drogą. Pozytywnym aspektem było to, że Cyklista stargował przejazd roweru na 2 zł. I tak na promie nasza czwórka płynęła za 10 zł (normalnie cena za rower to 3 zł od roweru).

Za promem myśleliśmy, że najgorszy odcinek mamy za sobą, ale to był największy błąd tego wyjazdu. Do Mikołajek zostało nam niby już tylko 5 km, ale za to po piasku. Jeszcze w lesie gdzie piach był wilgotny, było można jakoś jechać- bo był ubity, o tyle w słońcu gdzie było bardzo sucho musieliśmy rowery pchać.

Po wszystkich przygodach związanych z nawierzchnią dotarliśmy do Mikołajek, które pięknie przywitały nas brukiem (a co, jak szaleć to szaleć, po bruku jeszcze dziś nie jeździliśmy). Na całe szczęście sprawnie udało się go pokonać i wbić do pierwszej restauracji na obiad. Po obiedzie skoczyliśmy jeszcze nad jezioro „pomoczyć nogi”, złapać trochę chillu i nagrać coś do filmiku.

FILM: CYKLISTA W WARSZAWIE

Na powrocie do Trelkówka też nie obyło się bez przygód. Lampa była pełna, sztajfa ciągnęła się za sztajfą, a myśmy mieli już ładnych 120-130 km w nogach kiedy na jednej sztajfie +8° w połowie górki Rafała złapał skurcz uda. Dojechał jeszcze na szczyt i tam zaczęła się akcja przywracania nóg do użytku. Swoją drogą, może nie jesteśmy ludzcy ale wszyscy od razu chwycili za telefony żeby uwiecznić tę łapę miesiąca.

Do Trelkówka dojechaliśmy już jak się ściemniało i oczywiście pierwsze co zrobiliśmy to zaliczyliśmy jeszcze jezioro.

***

Dzień III – „JESTEM ŚWIEŻY”

Dzień trzeci naszego Tour de Mazury zaczęliśmy przede wszystkim od wykwintnego śniadania – każdy miał tyle parówek ile zmieścił – i po takiej dawce kalorii wiedzieliśmy, że ten dzień będzie udany.

To zdjęcie powyżej jest akurat z grilla poprzedniego dnia, ale w sumie pokazuje, kto w naszym małym grupetto ma największe zdolności kulinarne.

Trzecia trasa Tour de Mazury to wypad do Mrągowa w jednym prostym celu – „zamoczyć nogi i głowę” – trasa około 110 km.

Już nikomu nie chciało się cisnąć, FULL LAMPA nie schodziła nawet na sekundę, ale cel to cel. Miało być 400 km w trzy dni więc musieliśmy wykręcić 110 km, a przy okazji wybrać się nad jezioro pomoczyć nogi. Po drodze, Adam kupił izolację, bo cały weekend jeździł z owijką która trzymała się na słowo honoru, więc zapletliśmy mu pod jakimś sklepem owijką na nowo, mi padł licznik i przerzutka zaczęła odmawiać posłuszeństwa, bo kto nie smaruje ten nie jedzie. Ale okoliczności przyrody które nas otaczały były tak cudowne, że nasze rozluźnienie  było raczej iluzoryczne. Wszyscy wchłanialiśmy każdy metr kwadratowy tych mazurskich pejzaży – szczególnie, że akurat ta trasa okazała się najbardziej malownicza. Na trasie do Mrągowa mijaliśmy tak piękne wsie i tak urzekające i efektowne krajobrazy, że nie mieliśmy czasu robić zdjęć, bo trzeba byłoby nagrać jeden długi film.

FILM: CYKLISTA W WARSZAWIE

Mrągowo, przywitało nas bardzo gorąco – było ze 40°C, ale na szczęście szybko znaleźliśmy miejscówkę nad jeziorem i tam zrobiliśmy #JEZIOROBREJK. Wypiliśmy coś zimnego, pomoczyliśmy nogi i poleżeliśmy na plaży.

Wracając do Trelkówka, zahaczyliśmy jeszcze o Biskupiec, bo akurat zaczęło zbierać się na deszcz. Nawet trochę pokropiło, dzięki czemu w powietrzu unosił się piękny zapach mokrego asfaltu – może to i jakieś zboczenie, ale w sumie wszyscy orzekliśmy jednomyślnie, że jest to najpiękniejszy zapach na świecie.

W Biskupcu zjedliśmy w naszej ulubionej restauracji, napełniliśmy bidony i zaczęliśmy walczyć z trasą. Mieliśmy do przejechania jeszcze 30 km i każdy wiedział jak ma jechać – przede wszystkim swoim tempem. Trochę się rozjechaliśmy, ale finalnie wszyscy trafiliśmy do domu. Szosa tam była już gładka i prosta, bez zbędnych skrzyżowań, bez zbędnego błądzenia – prosto do Trelkówka.

***

RUNDA HONOROWA

Jeżeli wyobrażałem sobie weekend idealny to zapewne wyglądał on właśnie tak. Po pierwsze radość z jazdy na rowerze i to całe cztery dni (włączając w to rundę honorową 01 sierpnia), po drugie odkrywanie nowych olśniewających szos, które łączą w sobie zarówno sztajfy jakich nie ma na Mazowszu jak i krajobraz specyficzny dla jednego z cudów natury jakim niewątpliwie są Mazury, no i wreszcie po trzecie to ludzie których się poznaje podczas takich okazji. Adam, Rafał, Michały to wspaniała czwórka do pojeżdżenia, ale to nie wszyscy, bo Paulina ze swoją ekipą która wbiła na działkę drugiego dnia, żeby nas podtrzymać na duchu i zrobić świetną imprezę też jest bardzo ważna. Bardzo ważny dla całej ekipy był też Arteq Major Majeweski, dzięki któremu mamy taką dobrą i obszerną relację foto i video.  Ci wszyscy ludzie to właśnie ten niesamowity klimat, który tak przyciąga do tego sportu i dzięki któremu chce się robić coś więcej niż tylko kręcić.

FILM: CYKLISTA W WARSZAWIE

W trakcie naszych poważnych rozmów pojawiło się jeszcze milion świetnych pomysłów, które mam nadzieje wszystkie zrealizujemy, razem – także do zobaczenia gdzieś na szosie.

Reklamy

5 comments on “Solidna mazurska sensacja – Tour de Mazury.

  1. Marcin Wesolowski
    13 sierpnia 2014

    świetny wyjazd i mega pogoda! Do tego piękne okolice! Zazdroszczę! 🙂

  2. Hipek99
    13 sierpnia 2014

    Takim to dobrze. Ale nie za ciepło było trochę?
    Dorzucam głos za zapachem mokrego asfaltu.

    PS: W Rucianem-Nidzie, Rucianego-Nidy (nie Rucianej-Nidzie, Rucianej-Nidy) itd. – oba odmieniają się inaczej.

    • Mick&Bike
      13 sierpnia 2014

      Było za gorąco 🙂 Aż tak gorąco, że mi odmianę roztopiło 😛 Dzięki już zmieniam 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 13 sierpnia 2014 by in RoadTripping and tagged , , , , , , , , , , , , , , .
Ius et Sport

Koło Naukowe Prawa Sportowego ,,Ius et Sport"

GONKA

Way of cycling

Tour de Warsaw

300 kilometrów na rowerze dookoła Warszawy

Co w prawie piszczy

THE BIG BIKE THEORY