Mick & Bike

THE BIG BIKE THEORY

Kocierz kolarska

Razem z moim przyjacielem Marcinem mamy taką zajawkę, którą opisuje na blogu. Jak tylko mamy czas to umawiamy się w Krakowie, żeby pojeździć po okolicznych trasach. Jeździmy już tak parę lat, czasem dołącza do nas szef Marcina, ale też bez spiny. Ogarnęliśmy już ładnych parę set kilometrów razem i poznaliśmy w tym czasie parę fajnych osób, a spotkaliśmy całe mnóstwo pozytywnych – przemiłe sklepowe w przydrożnych sklepach, ciekawych kelnerów na różnego rodzaju BREJKACH, szalonych pasażerów samochodów, którzy wychodzili połową z samochodu, żeby nam pomachać. Tacy właśnie są górale – POZYTYWNI.

Najbardziej ciągnie mnie do Krakowa jednak z innego powodu, uwielbiam odkrywać nowe szlaki, mam jakąś chorą satysfakcję z tego powodu, a jak jadę gdzieś z Marcinem to wiem, że szosa doprowadzi nas do imponującego finiszu.

Sama jazda z innym kolarzem jest dużo przyjemniejsza niż samotne kręcenie, dlatego tak bronię się przed samotnymi wypadami. Jeżeli jedzie się jeszcze z kimś kogo dobrze się zna, komu się ufa i z kim dobrze się rozmawia to nie dziwne, że z taką chęcią się do tego wraca. Podkreślić trzeba, że jeżeli czuje się komfortowo w towarzystwie innego kolarza, nie ma niepotrzebnego sprawdzania się, niepotrzebnego szarpania i gonienia to i sił jest więcej na kręcenie – albo rozkładają się może lepiej.

W tej całej sielance jest tylko jedno „ALE”… trzeba pamiętać, że jednak jedziemy w góry i tam naprawdę trzeba być skoncentrowanym na celu jaki chce się osiągnąć. Na ostatniej naszej dojazdówce w okolicach Krakowa naszym celem była KOCIERZ.

Kocierz to szczyt w Beskidzie Andrychowskim o wysokości 879 metrów n.p.m. Podjazd na Kocierz szosą ma około 6-7 kilometrów i jego średnie nachylenie to około 8°. My swoją wspinaczkę na Kocierz zaczęliśmy po około 65 km właściwie płaskiej – jak na warunki Małopolskie – szosy.
Do Andrychowa, skąd zaczęliśmy walkę z Kocierzą jechaliśmy przez Czernichów, tam na przeprawie promowej jak zawsze powitał nas przemiły chłopak, który już z daleka krzyczał, że wysmarował cały prom jakimś olejem do konserwacji i jest ślisko. A ślisko było zaiście – ledwo utrzymywałem się na nogach, a co dopiero myśleć, żeby jeździć po nich na oponach 22×700. Pan jeszcze tylko zabawnie zapytał się nas jak zjeżdżaliśmy, czy za nami jedzie cały peleton i ma ich przeprawić wolniej 🙂

Za promem, zauważyliśmy jeszcze zmianę na trasie – gdy rok wcześniej jechaliśmy tą trasą na jednym z domów była flaga Portugalii, tym razem powiewała nad nią flaga Hiszpanii – za rok czekamy na flagę Francji 🙂 (Ale nie chciało już nam się zatrzymywać, żeby uwiecznić tę zmianę).

Przed Wadowicami Marcin stwierdził, że nie ma co się pchać w korki na wjeździe do miasta Papieża i kremówek i pojechaliśmy, jakąś boczną drogą prosto na Andrychów. Po drodze dopytaliśmy się jeszcze tylko (dla upewnienia się), że jedziemy prawidłowo i zanim zdążyliśmy się rozpędzić, był już Wieprz i Andrychów.

Z tamtego miejsca, a właściwie z Targanic zaczęła się wspinaczka pod Kocierz. Naczytałem się przed tym wyjazdem jak podjeżdżać pod góry, jaką przerzutkę wybrać, co zrobić, jak już nie będzie mieć się siły, jak rozkładać siły na podjazdach – ale nic to w konfrontacji z realną sytuacją. Nie ma co się zasłaniać tym, że coś bolało, bo wiadomo „kolarstwo to nie bierki”.
Z początku wydawało mi się, że nie podjadę w ogólę – po chwili uznałem, że idzie mi całkiem dobrze, pareset metrów dalej zaczęło brakować wody, później przestało mi to przeszkadzać – jazda bez trzymanki. Zrobiliśmy sobie krótki brejk, potem kolejny. Właściwie nie były potrzebne tak z perspektywy czasu, a już najmniej był potrzebny trzeci, ale zauważyliśmy za nami kolarza który nas gonił i zaczekaliśmy, żeby nie było przypału, że nas łyknie 😛 Chwilę pokibicowaliśmy mu, a on nam powiedział, że to jego dzisiejszy drugi podjazd pod Kocierz. Więc wskoczyliśmy na rowery i za zakrętem okazało się, że to koniec podjazdu, a my już świętowaliśmy szczyt parę metrów wcześniej.

Na samej Kocierzy prestiż, aż się wylewał. Najlepsze były spojrzenia mijanych ludzi, którzy patrzyli na nas z podziwem – nie wiedzieli, że zrobiliśmy sobie tyle brejków 😛 Ale Sam ośrodek do którego dojechaliśmy wart jest zatrzymania, SPA, park wodny, park linowy, paintball, i mnóstwo, mnóstwo innych atrakcji. My wybraliśmy restaurację, w której jadłem najlepszy chłodnik w życiu – chłodnik z awokado. Po regeneracji ruszyliśmy w dół na Żywiec.
Droga w dół zajęła nam cztery minuty, a średnia prędkość na zjeździe to około 45 km/h. Szosa dość kręta, ale za to bardzo ładna nawierzchnia. Najlepsze w powrocie były krajobrazy , gdzie w tle było widać monumentalne góry, a u ich podnóży malowniczo rozciągały się jeziora – coś obłędnie pięknego.

Nie mieliśmy tyle czasu, aby rozczulać się nad widoczkami bo 10 sierpnia 2014 roku to święto kolarstwa – myśmy tego jeszcze nie wiedzieli na 100%, ale coś tak przeczuwaliśmy, że na zakończenie #TDP w Krakowie powinniśmy jednak dojechać – choćby na ostatni, najważniejszy przejazd czasówki. Ostatni startował oczywiście Rafał Majka, który miał zostać pierwszym od dwunastu lat polskim zwycięzcą Tour de Pologne.

Zgranie czasowe, cała organizacja całej tej trasy była mistrzowska. Marcin jak zawsze stanął powyżej wszystkich norm planowania i dzięki temu swoim dzieciom będę opowiadał jak dzięki mojemu dwu sekundowemu dopingowi TDP wygrał POLAK – RAFAŁ MAJKA (oczywiście z biegiem czasu, ten czas się wydłuży, a moja opowieść będzie uwzględniała takie niuanse jak doping z samochodu który jechał tuż za Majką, ale to szczegół – jeszcze to ogarnę).

Marcinowi lepiej wyszło zdjęcie Rafała:

Majka wygrywa finish #tourdepologne!

A post shared by Marcin Wesolowski | Wojażer (@wojazer) on

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Ius et Sport

Koło Naukowe Prawa Sportowego ,,Ius et Sport"

GONKA

Way of cycling

Tour de Warsaw

300 kilometrów na rowerze dookoła Warszawy

Co w prawie piszczy

THE BIG BIKE THEORY